statystyka

autor: michał sobolewski

e-mail: michal_sobolewski@o2.pl

RSS
piątek, 30 października 2009
Dunlop in leather

Poniżenie, dominacja, uległość, sadyzm i masochizm bezpośrednio inspirowany najbardziej znaną pozycją (literacką) Leopolda von Sacher-Masocha „Venus im Pelz”.  To w warstwie tekstowej. W warstwie muzycznej natomiast pierwsze dźwięki rodzącego się psychodelicznego rocka, okraszone narkotycznymi akcentami, wypływające z głowy Lou Reeda i reszty zespołu Velvet Underground pod patronatem świętego Andrzeja Warhola anno domini 1967. ‘Ciekawe, czy Edie popełni samobójstwo. Mam nadzieję, że da mi znać, żebym mógł to sfilmować’ – zastanawiał się guru Warhol po tym jak jego dziewczyna Edie Sedgwick odeszła do Boba Dylana. Niezłe towarzycho żeby przy ich pomocy sprzedawać np. opony.

Mamy jednak rok 1993 – dzieci uczą się o Warholu z podręczników do plastyki, a Velvet Underground to klasyka muzyki popularnej (czemu akurat o tym nie uczą na lekcjach muzyki?). Ich barwne życie okołoartystyczne schodzi na trzeci plan. Tony Kaye dostaje zlecenie od marki oponiarskiej Dunlop i ma wizję, do której doskonale pasuje utwór Venus in Furs Velvet Underground. Nikt nie robi przeszkód i w ten sposób powstaje jedna z najwybitniejszych reklam w historii - surrealistyczna, fantasmagoryczna i widowiskowa,  niebanalna i alegoryczna.

Kanwą opowieści jest mit Odyseji. Droga przez infernalny krajobraz ze spadającym fortepianem – symbolem harmonii i wyższej kultury, jest pełna niepokoju i niebezpieczeństw. Do tego aura dekandencji połączonej z grzesznym, nieprzyzwoitym przepychem. Postaci serwujące kolejne przeszkody to cały przekrój makabreski od femme fatale, przez potępieńców, upadłe anioły, po rozkosznych łysoli przywodzących na myśl afrykańskich dyktatorów i niemieckich dewiantów – fetyszystów. Krewny tego bladego wystąpił nawet w „Zagubionej autostradzie”.

Odniesienia do fetyszyzmu przejwiają się również w lateksowych kostiumach. W ten sposób opona jako pochodna gumy staje się czymś więcej niż tylko produktem wulkanizacji. Poprzez przeniesienie skojarzeń z reklamy przywołuje dwuznaczną, ryzykowną grę. Skrajne doznania ostatecznie dające przyjemność i satysfakcję. Poczucie władzy i dominacji nad nieprzewidywalnymi warunkami drogowymi, a może i czymś więcej.

01:15, artvertising
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009
Pozdrowienia z wakacji

Wyjazd do Gruzji i Armenii spowodował ostatnio brak nowych wpisów.

armenia

Dzisiaj fotograficzna pocztówka z imprezy u Aruta - policjanta z Erewania. Za to lada moment pojawiają się nowe notki reklamowe.

16:54, artvertising
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2009
Kopia czy inspiracja?

Kreacja czy kopia?

Kampania Visy

Oficjalny teledysk do utworu Rjd2 – „Work It Out” zarejestrowany 2 lata wcześniej

Wydaje się, że w reklamie panuje jakiś szerszy margines tolerancji dla tego co można nazwać plagiatem, a co nie. Wręcz można odnieść wrażenie, że reklama, tworząc jakąś autonomiczną dziedzinę twórczości, może wywołać oskarżenia o podróbę wyłącznie kopiując inną reklamę. Jasne, twórcy kampanii często odowłują się do motywów znanych, zakorzenionych w kulturze, które skutkują wyższym poziomem zapamiętywania przez odbiorcę, pomagają zbudować więź emocjonlną itd. Czym innym jest jednak inspiracja, kreatywna adaptacja. W tym wypadku odnoszą wrażenie, że jedyne co zrobiła ekipa Saatchi & Saatchi to  dodała zgrabne hasło do gotowej historii. Zamiast uszyć nową opowieść delikwenci zachowali sie tak jakby wzięli kęs przez kogoś wcześniej przygotowanej potrawy, przeżuli, wypluli i twierdzili, że to ich i w dodatku smaczniejsze. O plagiat oskarżona była już inna powszechnie doceniona reklama „The Cog” Hondy oparta na idei reakcji łańcuchowej (o niej w przyszłości niedalekiej), która jednak przy Visie sprawia wrażenie wzoru samodzielnego myślenia. Możliwe, że producenci spotu Visy wyciągnęli wnioski z przypadku Hondy i nie przez przypadek posadzili za kamerą tego samego reżysera, który nakręcił klip dla Rjd2 - Joey'a Garfielda.

Pomijając kwestie oryginalności reklamy niezywkła jest swoją drogą historia bohatera obu filmów – Billa Shanona – artysty z Brooklynu, od urodzenia cierpiącego na chorobę Perthesa powodującą dysfunckję stawu biodrowego, i przez to zmuszonego do poruszania się o kulach. Wszystkie jego popisy nie są zasługą ani dublerów ani speców od efektów specjalnych, ale rezultatem ćwiczeń i wypracowania niepowtarzalnego, własnego stylu wypowiedzi artystycznej i ekspresji samego siebie. Shanon staje się symbolem autentycznego optymizmu i sił witalnych drzemiących mimo trwałego uszczerbku na zdrowiu. Triumfu ducha nad ciałem i dystansu do życia. Wzorem polskich raperów unosi się ponad chodnikami i dla niego największy szacunek od miasta. Elo.

22:55, artvertising
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Go forth

Wieden+Kennedy od lat wypuszcza w publiczną przestrzeń reklamy najwyższej próby. Przełomowe i zapadające w pamięć. "Go Forth" to kolejna z nich.

Reklama odwołuje się do dziedzictwa Ameryki, oświeceniowych ideałów zawartych na samym początku w Deklaracji Niepodległości. Równości wszystkich ludzi, prawa do wolności i poszukiwania szczęścia. Levi's jest żywą legendą Ameryki, oficjalnym outfitem gorączki złota. Nic więc dziwnego, że nawiązuję do korzeni kraju z którego pochodzi, sztandarowych wartości humanizmu.

Narracją reklamy jest fragment wiersza Walta Whitmana, który sam reprezentował "american dream" i ideały równych szans. Jeden z najwybitniejszych poetów w historii Ameryki nie był fanem zinstytucjonalizowanej nauki, skończył raptem kilka pierwszych klas i był w zasadzie samoukiem.

Twórcy reklamy równocześnie budują swoistą legendę wokół samej reklamy, wywołując pożądany efekt marketingu szeptanego. Ponoć recytowany wiersz pochodzi z oryginalnego, archiwalnego nagrania samego Whitmana. Nikt tego chyba nie dowiodł, ale rozpowszechnienie takiej anegdoty prowokuje do kolejnych publikacji, rozważań i dyskusji. Podobne narzędzie wykorzystała ta sama agencja w spocie Hondy pt. „Cog” wypuszczając informację, że cała imponująca sekwencja reakcji łańcuchowej została zarejestrowana w zaledwie dwóch ujęciach, a osiągnięcie takiego efektu wymagało 600 prób.

Sama narracja Whitmana jest poruszająca, a to tylko połowa wartości. Drugą jest obraz. Pełen tajemnicy, symboliki, niedpowiedzeń. Wiersz Whitmana to pochwała na cześć Ameryki, ale to co widzimy wzbudza pewien dysonans. Sugerje nam, że nie wszystko jest tak jak powinno być, ale jednocześnie napawa nadzieją i nawołuje młodych by wskrzesili na powrót uniwersalne wartości i wcielili je w życie. Go forth, go for it.

Niezwykła jest też strona gdzie każdy może zostawić swój manifest na temat kondycji współczesnego społeczeństwa amerykańskiego (http://goforth.levi.com/newamerican). I tak promocja produktu przeradza nam się w ciekawy antropologiczno-socjologiczny projekt. Cały koncept kreatywny kampani wydaje się silnie nawiązywać do jednego z klasycznych dzieł fotografii – serii „The Americans” Roberta Franka.

Robert Frank americans fotografie photography

Robert Frank americans fotografie photography

Robert Frank americans fotografie photography

Robert Frank americans fotografie photography

Frank kilkadziesiąt lat temu starał się przedstawić w swoim dziele obraz współczesnej mu Ameryki. W jego pracach widzimy przekrój zjawisk z dozą odautorskiego komentarza. Levi’s idzie śladami Franka, ale robi to na miarę ery web 2.0 i tak zwanej zawartości tworzonej przez użytkownika (user generated content). To już nie jeden Amerykanin tworzy dzieło o swoich rodakach, ale każdy z nich wypowiada się poprzez fotografię czy wpisy na temat swojego kraju, a my na podstawie tego zbioru wyciągamy swoje wnioski. Sam spot w swojej krytycznej choć pełnej nadzei wymowie nawiązuje do ”The Americans” Roberta Franka, który w swojej pracy również przybrał opozycyjną postwę wobec dominującego wtedy fotoreportażu o hurraoptymistycznym wydźwięku, cieszącego sie z okresu powojennej prosperity. To się nazywa pożyteczna reklama. Tylko czy ludzie to kupią?

20:50, artvertising
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Street Ad

Street art jest fajny. Często humorystyczny, prosty w odbiorze, zaskakujący. Lubię street art. Przede wszystkim za to, że ubarwia codzienność. Często jest miłą niespodzianką, pojawia się tam, gdzie się go nie spodziewamy. Street art dobrze nastraja. Nadaje nowego znaczenia z pozoru zwykłym przedmiotom. Z pozornie zwykłego wyzwala niezwykłe. Budka telefoniczna za pomocą kilku kresek markerem staje się miejskim żartem (Banksy w Nowym Jorku).

Banksy New York NY

To jest fajne. Jako , że street art taki fajny to i nic dziwnego, że zaanektowała go reklama. Szczególnie bliski jest mu marketing partyzancki. I tak powstały inspirowane mniej lub bardziej street artem, czyli kreatywną ingerencją w zastaną przestrzeń miejską, kampanie Desperados z grafitti 3D czy zajawka serialu Prison Break.

prison break guerilla marketing partyzancki desperados 3d grafitti guerilla marketing

prison break guerilla marketing partyzancki

Jawnym zapożyczeniem ze sztuki ulicy jest też spot „Polar Bear” stworzony dla Environmental Defense Fund, który został wyróżniony przez Association of Independent Commercial Producers (AICPA)  jako najlepsza reklama społeczna.

Autorem całej koncepcji dmuchanych miśków i innych zwierzaków jest nowojorski street artowiec  Joshua Allen Harris.

Agencja reklamowa zaadaptowała tylko pomysł do nakreślonego w briefie przekazu, tak jak artysta ulicy adaptuje otoczenie do wyrażenia własnych myśli. Fajne. Szkoda tylko, że pozostaje pewien niesmak gdy nagle okazuje się, że koncepcja kreatywna jest tylko kopią wczęsniejszego pomysłu. Ale jest coś jeszcze fajnieszego. Zwykle sztukę traktujemy jako nośnik ważnych, poruszających treści. W tym wypadku rodzi nam się pewien dyskomfort. Otóż Harris zrobił swoje dmuchane potwory z czystej potrzeby zrobienia czegoś fajnego. Reklama natomiast porusza istotne kwestie społeczne. No więc halo, jak to w końcu jest. Co jest sztuką, a co nie?

21:16, artvertising
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 czerwca 2009

Replay Jeans powinien zwrócić się do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o dofinansowanie swoich produkcji. Mecenas polskiego filmu znany z lekkiej ręki i kiepskiego gustu w końcu wsparłby coś naprawdę wartościowego. 30 sekund to za mało by w pełni nacieszyć się atmosferą tych spotów. Wciskam replay.

Replay Jeans

 

 

W tych reklamach nie ma słów, więc krótko: Jeans to symbol wolności, rewolucji, buntu, swobody i młodości. Nieodłączny atrybut rewolty studenckiej i hippisowskiego ruchu roku 68, punkowej rewolucji lat 70, odwieczny towarzysz rock and rolla. Poprzez jeansy, dzwony czy rurki, dziurawe czy przetarte, młodzież manifestowała swoją niezależność. W dawnej Polsce, kogo nie było stać na liwajsy, dumnie nosił Odry. To właśnie komunikuje Replay. Nie stara się na siłę szukąć nowych form komunikowania, nie stara się modyfikować postaw konsumentów, ani nie wprowadza zamętu w ich umysłach. Podchodzi do tematu prosto – od głowy strony. Pozycjonuje swoje jeansy tak jak wszyscy jeans od lat postrzegają. I robi to w sposób niezwykle wiarygodny.

Spoty Replay'a niosą ze sobą niezwykłego ducha Kusturicy. Poruszający koktajl wybuchów emocji, szaleństwa, niepohamowanej swobody połączonej z nostalgią, tęsknotą, metefizyką. „Czas Cyganów”, „Arizona Dream”, „Biały Kot, Czarny Kot”. Krainy marzycieli, wariatów i neurotyków.

 

Natrafiłem na jedną reklamą sygnowaną marką Replay, w której padają słowa. Akurat słabsza i o perfumach, ale wypowiedziane w niej zdanie na tacy wykłada nam tożsamość marki.

21:50, artvertising
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 maja 2009
Mieć i być

Jest mróz, ale twoje auto sprowadzone z Niemiec odpala już za drugim razem. W drodze na parking znajdujesz na ulicy 5 złotych, a dziewczyna, na którą spojrzałeś w kolejce w McDonaldzie nie odwróciła od razu wzroku. Myślisz, że dziś jest twój szczęśliwy dzień?

Nie odnajdziemy tutaj odwołań to „Pieśni o Rolandzie”, czy „Legendy o świętym Aleksym”. Tej reklamie patronuje święta matka materia. Postać bon vivanta, zwykle w literaturze przedstawianego jako postać antypatyczna, snująca intrygi, cyniczna i próżna, tu jest wyniesiona na szczyt jako nowy wzór osobowy, pozbawiony dawnych cech idealnych jak odwaga, szlachetność, skromność, przepełniona natomiast nowymi jak: rozrzutność, tupet, pycha, lenistwo, egoizm, hedonizm.

Trudno znaleźć reklamę równie próżną i równie genialną. Wiadomo, komunikaty reklamowe perfum, jako dobra luksusowego, działającego dodatkowo silnie na zmysły, odnoszą się do eksponowania statusu społecznego i erotyzmu. Żadna jednak nie robi tego w sposób tak bezczelny i porywający. Zastosowanie czarno-białej taśmy dodaje jeszcze elegancji. Z jednej strony, poprzez wycięcie z naturalnego otoczenia i ujęcie ich na neutralnym, achromatycznym tle – atrybuty naszego gwiazdora (full saszeta, kości, szklanica jakiejś cisowianki czy sportowy old-timer) zyskują dodatkowo rangę obiektu sztuki, stanowiącego wartość samą w sobie. Z drugiej strony przez ten sam zabieg wygladają jak przedmiot reklamy (a więc w pewnym sensie przedmiot pożądania). W ten sposób jawi nam się totalnie antykatolicka wersja świata , w której jedyną wartością, ojcem, synem i duchem świętym są dobra doczesne. Choreografia, dynamika, symbolika (lejtmotyw z pstrykaniem palcami jest absolutnie genialny) tworzą razem pociągający, choć nieco zakazany spektakl. Z jednej strony coś nam mówi, że nie powiniśmy pochwalać takiej postawy, ale z drugiej strony kto nie chciałby się zamienić?

16:05, artvertising
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
What is drama?

Oglądając spot promujący Mistrzostwa Europy Eurobasket 2009, można odnieść wrażenie jakby twórcy czerpali wzorce budowania napięcia i dramaturgii z niedzielnej sumy. Lektor przywodzi na myśl księdza proboszcza, który głosi z ambony cnoty kardynalne, podczas gdy parafianie w myślach namiętnie łajdaczą się, obżerają , plują i łapią. Generalnie, ksiądz swoje, parafianie swoje.

Spot swoją formą miał zapewne nawiązywać do reklam ligi NBA. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że biali nie potrafią skakać, a ich konfrontacje z zawodnikami zza oceanu kończą się tak:

Porównanie reklam NBA z trailerem Eurobasket przedstawia się mniej więcej tak jak zaprezentowany wyżej pojedynek Vince'a Cartera z reprezentantem Francji.

Tak się niestety kończą próby nieudolnej i przeprowadzonej na siłę adaptacji wzorców z Ameryki. W sztuce filmowej twórcy już zdążyli się z tym pogodzić. Kino europejskie ma swój wyrazisty charakter. Jest refleksyjne, subtelne, wysmakowane. Patos i dramaturgię zostawiono hollywood. Amerykanie wiedzą jak to robić. Kto z nas nie naciął się w kinie na sytuację, w której umysł mówił: "Ale żenada. Pretensjonalne, naciągane, nierealne", ale serce reagowało zupełnie inaczej - broda się trzęsie, oczy szklanki, ciarki na plecach, kciuki zaciśnięte - "Wstawaj Rocky, dasz radę, pieprznij go jeszcze raz!"

Oto dramaturgia w wydaniu amerykańskim. Zmiany tempa, umiejętne budowanie napięcia z wyraźnym zawiązaniem i rozwiązaniem akcji, świetnie rozłożone akcenty...

Spot eurobasketu dyskwalifikuje przede wszystkim długość. W ciągu jednego odtworzenia można spodziewać się końca przynajmniej ze 4 razy. Ten film jednak trwa i trwa. Drugi zarzut to natłok wielorakich komunikatów. Reklama będąca przedłużeniem pozycjonowania, tak jak i ono samo nie jest worem do którego wrzucamy wszystko czym chcemy się pochwalić. Nawet gdy faktycznie mamy kilka równie mocnych argumentów winniśmy się powstrzymać i skupić wyłącznie na jednym. Jeden skutecznie zakomunikowany, pozytywnie odebrany atrybut będzie, z bardzo dużym prawdopodobieństwem, rzutował na postrzeganie pozostałych. Komunikacja wielu atrybutów prowadzi do chaosu, niezrozumienia, większa ilość informacji utrudnia zapamiętanie oraz wartościowanie komunikatu jako całości.

Fragment zachwalający miasta organizatorów wygląda jak prezentacja wykonana na zlecenie urzędu gminy Żarnów. Płaskie zdjęcia, tanie efekty (ach te zbliżenia na wieżę kościelną), pocztówkowa wizja świata sprawiają, że największe polskie miasta przypominają bardziej Zduńską Wolę niż europejskie metropolie. Do tego dochodzi kwestie lektora oraz jego głos. Metaforyczna i boleśnie patetyczna tyrada zestawiona z realistycznymi, często wręcz brutalnie przyziemnymi obrazami rodzi w rezultacie istne kuriozum. „Głos” głęboki niczym z jądra ziemi bredzi coś o jakiejś bitwie (Krzyżacy, Potop?) podczas gdy na obrazie widzimy najpierw nasze żyzne pola, a potem kompletnie zbędne reminiscencje (z całym szacunkiem, ale wszyscy ci mistrzowie z 1963 przy dzisiejszych koszykarzach wyglądają jakby każdy jeden grał z kontuzją). Wreszcie dochodzimy do czasów nam współczesnych.I tu niewiele się zmienia. Jednostajne tempo, smutne w porównanie z NBA akcje, dłużyzna, brednie. Generalnie fajna zapowiedź na Eurobasket 1993.

Fakt. Są pewne okoliczności faworyzujące spoty NBA, które nam Europejczykom trudno przeskoczyć. Przede wszystkim powszechnie znani zawodnicy. Wiadomo, znajomość pojawiającego się w komunikacie elementu ułatwia jego odbiór i zapamiętywanie. Gwiazdy NBA znamy, lubimy – mamy tu więc swego rodzaju celebrity endorsement. Poza tym obiektywnie lepsze akcje, lepsi zawodnicy. Lepszy montaż. Ciasne kadry, zbliżenia, zmiany perspektyw, ujęcia ze wszystkich stron. Po prostu czujemy się jak uczestnik wydarzeń, nie jak bierny obserwator.

Lecz skoro już na starcie wyglądamy jak biały looser w okularach i płaskostopiem, który przez przypadek trafił na mecz streetballa w Harlemie, czemu nie poszukać alternatywnej drogi?

Amerykanie mimo, że mają potencjał, który wystarczyłby im pewnie na płodzenie kolejnych dramatycznych spotów przez kolejne 10 lat pokazali, że koszykówkę można zareklamować w zupełnie inny acz równie atrakcyjny sposób

 

Wersja patetyczna z przymrużeniem oka

100% przymrużenia oka

Można? Można.

23:53, artvertising
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 marca 2009

wITaJcie < klika > POnoWniE nA moJIm SłEEtaŚnym < lol > BlogAsKu. JEstEscIe koFfani < glaszcze > :**

Ten, z poprawnej polszczyzny wyrzeźbiony wstęp, choć mógłby być bardziej zabawny, pojawia się nie bez kozery.

Reklama Nike'a została oparta na pewnej konwencji, używa znanych motywów, czytelnej symboliki wyraźnie zaczerpniętej z popkultury drugiej połowy XX w. Już pierwsze ujęcia wprowadzają nas w atmosferę thrillera. Wielke miasto - anonimowe, surowe, pełne zakamarków. Bohater filmowany od tyłu zostaje postawiony w roli śledzonego, nieświadomego sytuacji dziejącej się za jego plecami. Potem rozpętuje się topos pościgu. Tommy Lee Jones w Ściganym. Reklama Nike Tag posługuje się językiem stereotypów, ale jej wydźwięk jest zdecydowanie niebanalny, a wszystko przez zabawny kontekst ogólnospołecznej gry w, za przeproszeniem, berka. A na potwierdzenie dość powszechnego sposobu przedstawienia klaustrofobicznego miasta i motywu ucieczki/pościgu...

Znajdź podobieństwa:


Stereotypowym językiem i estetyką filmu lat 50. i 60. posłużyła się również słynna amerykańska fotografka Cindy Sherman.

Cindy Sherman

Cindy Sherman

 Untitled Film Stills to seria zdjęć, na których autorka przedstawia siebie w pewnych schematycznych kobiecych rolach ukształtowanych przez film. Fotografie wyglądają niczym kadry, a schematyczność póz, mimiki i sytuacji stwarza u widza poczucie, jakby już gdzieś to wcześniej widział. Sherman stwarza tu pewien rodzaj ambiwalencji. Stosując język pewnej kowencji wcale go nie utrwala, tylko prowokuje do refleksji.

A na zakończenie najsłynniejsza kinowa gonitwa (w wersji zmotoryzowanej). Nieco przydługa, w sam raz na senne, deszczowe, niedzielne wieczory, ale jak może być inaczej, skoro teraz wszyscy są już i za szybcy i za wściekli.

 

14:09, artvertising
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 marca 2009

Z pewnością za prekursorów współczesnego marketingu możemy uznać aktywnych (na licznych polach ludzkiej bytności) i lubianych (szczególnie na wschód od Berlina) innowatorów spod znaku sierpa i młota. Tak zajebisty outdoor, o tak wysokim poziomie artystycznym, dopuszczony do mainstreamu i płodzący wspólnie z nim w szczęśliwym (acz krótkim) związku coraz to ambitniejsze rzeczy chyba się nie powtórzył. Co prawda artyści przecenili nieco zdolności percepcyjne i refleksyjne przeciętnego towarzysza z kraju rad, bo jak niby coś takiego miało zagrzewać do rewolucji niepiśmiennego chłopa co to przybył niedawno do miasta w zakładach Putiłowskich pracować?

lissitzky

El Lissitzky - Czerwonym klinem uderz w białych (1919)

Ale np. taki wynalazek agit-pojazdów. Statki lub pociągi z wymalowanymi hasłami, w których odbywały się prelekcje z teorią walki klasowej w tle. Ambient marketing, marketing wydarzeń, PR, reklama zewnętrzna w jednym.

Tony Kaye i Aleksander Rodczenko. Oboje byli artystami, oboje tworzyli reklamy. Pierwszy wystawiał jako eksponat bezdomnego, drugi był malarzem, fotografem – konstruktywistą. Kaye reklamował produkty, Rodczenko sprawiedliwy ustrój. I poza tym, że wybitnie skuteczna promocja komunizmu miała większą wagę dla świata niż reklamówki Tony'ego to mają oni ze sobą wiele wspólnego. Tworzyli na zlecenie, mieli odgórnie określony cel, ale jednocześnie wkładali w swoją pracę talent, kunszt, indywidualizm.


Reklama Tony'ego Kaye dla Tag Heuer (niestety embed mnie przerósł w tym wypadku)

http://fr.truveo.com/Tag-heuer-Montres-Success-Its-a-mind-game/id/745511757

Fotografie Rodczenki

rodchenko  rodchenko

Co prawda dzisiaj każdy szanujący się emo dzieciak ma taki autoprotret strzelony z wyciągniętej ręki, ale w latach 20. takie zaburzenie realizmu poprzez zastosowanie w ujęciach skrajnych persperktyw: żabiej lub ptasiej, sprowadzającej przedmioty, lub sytuacje dobrze znane, banalne do form geometrycznych było prawie jak wystrzał z Aurory.

Kaye w reklamie dla zegarków Tag Heuer zgodnie z zasadami postmodernizmu śmiało jedzie z Rodczenki wpisując jego estetykę w nowy kontekst. Jednocześnie doskonale wykorzystuje swój talent do budowania napięcia (zwolnienia tempa, stopy podkreślające istotne momenty filmu (np 00:26 tuż przed prezentacją loga) oraz bujną wyobraźnię w wyniku czego powstał kawał solidnego dzieła, w większości wypadków pewnie o niebo lepszego niż film, który przerywało.

01:15, artvertising
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2